• „The Harpiano Show” – radość i autentyzm w tradycji. Recenzja płyty „Don’t Stop, Keep On Rockin!”
  • „The Harpiano Show” – radość i autentyzm w tradycji. Recenzja płyty „Don’t Stop, Keep On Rockin!”
  • „The Harpiano Show” – radość i autentyzm w tradycji. Recenzja płyty „Don’t Stop, Keep On Rockin!”
  • „The Harpiano Show” – radość i autentyzm w tradycji. Recenzja płyty „Don’t Stop, Keep On Rockin!”

„The Harpiano Show” – radość i autentyzm w tradycji. Recenzja płyty „Don’t Stop, Keep On Rockin!”

W muzyce wszystko już było” – lubią mówić ci, którzy sami siebie lubią uważać za znawców. I rzeczywiście, większość zasad harmonicznych, stylistyk i tematów obecnych we współczesnej twórczości zawdzięczamy wykonawcom z poprzednich dekad. Jednak można ciągle, wszystko to, co już było, przedstawiać w sposób ciekawy i wolny od pustego odtwórstwa. Czy debiut duetu „The Harpiano Show” jest na to dowodem? Posłuchajmy.

„The Harpiano Show” to duet muzyków wywodzących się z różnych, połączonych wspólnymi fascynacjami światów. Pochodzący z Yorkshire w Anglii pianista i wokalista Neil Wilde oraz częstochowski harmonijkarz Jakub Konieczko połączyli siły stosunkowo niedawno, by teraz przedstawić słuchaczom pierwsze fonograficzne efekty swoich prób. Na płytę „Don’t stop, keep on rockin!” składają się klasyki świata amerykańskiego rockabiilly i boogie – woogie, a nawet jeden tradycyjny utwór sięgający tradycji dziewiętnastowiecznych („Swanne River Boogie”). Wszystko podane w bardzo autorski, nurtujący sposób.

Zaczyna się od „Break Up”, klasycznego przeboju Charliego „Silver Foxa” Richa. Już tutaj usłyszeć można, że Neil Wilde na scenie spędził już kilkadziesiąt lat – jego dźwięki płyną jak za starych, dobrych czasów dwustronnych singli, a pierwsze partie wokalne pozwalają zakładać, że album będzie pełen pięknej, nieśmiertelnej tradycji i znakomitego, instrumentalnego kunsztu. Drugi utwór, „Bluesman”, tylko pogłębia to wrażenie – „elvisowski”, opisujący zmagania życiowe śpiew lidera przeplata się tutaj z nutami w stylu Raya Charlesa, a Jakub Konieczko po raz pierwszy wychodzi na pierwszy plan. Jego pełna wyczucia partia solowa zdradza fascynacje Little Walterem i dowodzi, że duet uzupełnia się znakomicie. Takie, liryczno – bluesowe podejście, utrzymuje się w następnym numerze – jazzująca ballada „My shoes” (pierwszy na płycie utwór podpisany przez Wilde’a) zabiera nas w klimaty zadymionego, ale pełnego poezji klubu. Tu autor przyznaje: That’s the music that sets me on fire! Szczere, zwięzłe i prawdziwe.

Kolejne dwie piosenki, czyli klasyczny „Unchain my heart” i autorski „How lucky” to uderzenia energii. W pierwszym wokal mimowolnie kojarzy się z wykonaniem Joe Cockera, ale aranżacja utrzymana jest w stylu szybkiego boogie – woogie, co stanowi niezwykle odważny i ciekawy zabieg. Sprawne, momentami wręcz polifoniczne harmonijkowe solo zdradza dużą biegłość techniczną Konieczki. Drugi z wymienionych numerów to kolejny, triadowy czad, który uzupełniony pozbawionymi efekciarstwa solówkami i poczuciem humoru w tekście, najzwyczajniej w świecie porywa do dynamicznego, niekoniecznie grzecznego tańca.

Już w tym momencie albumu da się zauważyć jedną z głównych jego zalet. „The Harpiano Show” powracają do czasów, w których rock and roll służył po prostu do zabawy, dawał ludziom wytchnienie i wywoływał uśmiech na twarzy. Zetknięcie z taką muzyką w pełnym szumnych teledysków, milionowych kampanii reklamowych i bezdusznego „sprzedawania” muzyki roku 2016 to bardzo oczyszczające, pozytywne doświadczenie. Następne utwory, takie jak „Swanne River Boogie” czy „Miss Elisabeth” to kolejne tego typu zastrzyki atawistycznej energii czasów, w których ludzie byli naprawdę wolni. Proste, czadowe numery to jednak nie wszystko, co proponuje nam duet Wilde/Konieczko.

Kolejna kluczowa wartość debiutu „The Harpiano Show” to różnorodność stylistyczna oraz odwaga aranżacyjna, dzięki której covery klasyków nie brzmią nudno i wtórnie. Album, mimo powtarzalnego przecież schematu triadowego rockabilly i bluesa, nie nuży aż do ostatniej minuty. Szybkie kompozycje przeplatane są balladami, a numery tak oczywiste jak „What a wonderful world” i zamykający album „I’ll be your baby tonight” nabierają nowego (!), właściwego autorom płyty kolorytu. Utwór Louisa Armstroga otwiera tu na przykład melodyjna partia harmonijki. Wilde podaje ten znany wszystkim tekst spokojnie i z szacunkiem, nie siląc się na sztuczne „charczenie”. Środkowa część przechodzi w szesnastkowe solo, by pod koniec znowu powróciła ballada. Można tę wersję polubić albo nie, ale nie da się być wobec niej obojętnym. Również klasyk Dylana podany jest bardzo ciekawie. Zamiast popowego reggae w stylu Roberta Palmera, Wilde i Konieczko proponują kolejny rasowy rhytm and blues, wywołujące szczery uśmiech wokalne dopowiedzenia, a pod koniec humorystyczny śmiech. Wszystko to zapewnia bardzo pozytywne zwieńczenie tego przeciekawego albumu.

„Don’t stop! Keep on rockin’” to najprościej mówiąc bardzo udany debiut. Tradycyjny, a jednak różnorodny. Nieco przewidywalny, a zaskakujący. Nurtujący i humorystyczny. Mimo, że istnieje duże ryzyko, iż nie trafi na czołówki komercyjnych list przebojów i nie będzie multimilionowym sukcesem, to materiał dobry dla każdego, kto ceni szczerą, solidnie wykonaną muzykę i poczucie humoru. Na następnej płycie chciałbym usłyszeć może nieco więcej harmonijki niż tutaj. Może się udać, jeśli autorzy potraktują poważnie tytuł debiutu i nagrają kolejny album. Słuchając tego, nie mogę się doczekać. Keep on rockin’!

 

Bartek Piwowarczyk